Czy Polacy zaczną wracać? 2,000,000 WYLECIAŁO
Wyobraź sobie: budzisz się, myjesz zęby, szybko dopijasz ostatni łyk kawy i wylatujesz na ulicę - gdziekolwiek jesteś - w Dublinie, Cork, Galway czy Limerick, a tu o połowę mniej ludzi spieszy do pracy i nie ma żadnych korków na światłach. Mnie na tym północnym krańcu Wyspy łatwiej prowadzić takie gry na wyobraźnię, bo wyjazd 2 000 000 ludzi oznaczałby exodus wszystkich mieszkańcy Irlandii Północnej. I jeszcze, by dopełnić tę liczbę, 300 000 kotów i psów musiałoby spakować swoje manatki i wyjechać w tęsknocie za właścicielami/kami.
Liczbę 2 000 000 Polaków za granicą przytoczył pod koniec 2007 roku Główny Urząd Statystyczny w Warszawie zaznaczając jednocześnie, że nie policzył Polaków wyjeżdżających sezonowo do pracy na okres krótszy niż 3 miesiące.
W 2006 roku w Wielkiej Brytanii mieszkało ok. 580 tys. emigrantów z Polski, w Niemczech - ok. 450 tys. w Irlandii ok. 120 tys., a we Włoszech - ok. 85 tys. W samej Irlandii Północnej przebywa nas około 50 tysięcy, co na ogólną liczbę 1 710 000 mieszkańców nie jest aż tak mało.
Czy liczba emigrujących Polaków, lub tych którzy „dojeżdżają" do pracy będzie wzrastać, czy też spadać trudno tutaj wyrokować. Póki co, na dwoje babka wróżyła. Ostatnio profesor Jończyk z Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu ogłosił na podstawie swoich badań, że przez następne 3 do 5 lat emigracja będzie wzrastać: młodych i bez rodzin w Polsce przyciągną zarobki średnio 4 razy wyższe, a tych z rodzinami mogła by zatrzymać jedynie mądra polityka pro rodzinna z nowym systemem zasiłków - dodałbym tutaj - podobnym do brytyjskiego. Nawet jeśli obecni emigranci zarabiają „tylko" 4 razy więcej niż za czasów komuny (w latach 80-tych zarabiali 65 razy więcej od średniej krajowej patrz: Interia/pl 27-01), to i tak wyjadą - kontynuuje profesor, ponieważ za obecnym wzrostem migracji stoi wyż demograficzny z pierwszej połowy lat 80. i przemożna chęć dorobienia się.
Inne wnioski można wyczytać w ostatnim raporcie sporządzonym na zamówienie TUC - Federacji Brytyjskich Związków Zawodowych. W pierwszych sześciu miesiącach 2007 roku o tak zwany „home office", czyli o wpisanie się na listę Workers' Registration Scheme wystąpiło jedynie 70 tys. Polaków, aż o 20 tysięcy mniej niż w poprzednim półroczu. Analitycy piszą dalej, że wiele firm w Polsce podniosło pensje swoim pracownikom, by zatrzymać ich na miejscu. Następna fala emigracji z Polski - konkluduje raport - może więc nie nadpłynąć.
Nie wiem, czy pod wpływem tego raportu, ale brytyjska opiniotwórcza gazeta The Guardian zadała następujące pytanie: A co, jeśli Polacy „wylecą" od nas i zaczną pracować u siebie?
Kiedy Brytyjczycy dyskutują zawzięcie o nadmiernej ilości emigrantów na Wyspach i o przeciążeniu systemu zdrowia publicznego i szkolnictwa, sami emigranci, szczególnie ci z Europy Wschodniej, mogą wkrótce wsiąść w samoloty i wrócić w ojczyste strony. Taki scenariusz już przerobili Irlandczycy, którzy masowo wracali z USA do ojczyzny, gdy tylko ich kraj zaczął się rozwijać. EBOR podał, iż gospodarka Polski rośnie w tempie 6.5 % rocznie, a bezrobocie spadło do 12,3% z rokowaniem na 9.6 % w następnych miesiącach. Cały region Europy Wschodniej i Centralnej pędzi do przodu dwa razy szybciej, niż gospodarka brytyjska, co oznacza ze wieloletnie opóźnienie w naszej części Europy jest jednak do nadrobienia. Firmy w Polsce, Czechach, Słowacji mogą nagle otworzyć sejfy, by sprowadzić z powrotem polskich hydraulików, pielęgniarki, budowlańców, lekarzy i inżynierów. Tym bardziej że, jak podsumowuje dziennikarz z The Guardian, wątpliwe jest, by obecna emigracja przybyła na Wyspy z miłości do angielskiej czy irlandzkiej pogody. The Guardian ostrzega, że być może znów przyjdzie płacić słono za niesolidnego brytyjskiego fachowca.
Co na to wszystko polscy emigranci z Wielkiej Brytanii? Częściową odpowiedź przynosi Gazeta Wyborcza w swoim internetowym portalu: "Jeśli funt spadnie poniżej 3,50 zł, to wracamy".
Podobno, aż dwie trzecie Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii zadeklarowało, że wrócą jeśli tylko kurs funta spadnie poniżej 3,50 zł. Cytuję: „Dla blisko 37 procent słuchaczy Polskiego Radia Londyn, którzy wzięli udział w internetowej sondzie, wahania kursu funta nie mają żadnego znaczenia. Polskie Radio Londyn [jednak] zapytało słuchaczy, przy jakim poziomie wartości funta zdecydują się na ewentualny powrót do Polski. [Przy] 4,50 PLN - 19.5 proc. [chce wracać], 4,00 PLN - 20.5 proc. [a] poniżej - 3,50 PLN - 23.3 proc. Bez znaczenia - 36.8%. Wszystkich głosów oddano: 1238"
Namawiam jednak, abyśmy potraktowali te wszystkie sondaże, i tę całą statystykę wyjazdów i powrotów jako coś bardzo elastycznego i zmiennego, ponieważ bez względu na kryteria doboru, trudno jest ocenić kto wyemigrował, a kto, powiedzmy, „dolatuje" do pracy. Kiedyś prasa irlandzka podała, że każdego tygodnia w powietrzu wisi 17 tysięcy Polaków, którzy albo lecą do Polski, albo z niej wracają. Mamy więc tam w niebie takie polskie miasteczko wielkości Chełmży czy Rypina, na stałe podwieszone 10 000 metrów nad ziemią.
Bilet lotniczy z Dublina do Wrocławia, lub z Belfastu do Katowic kosztuje (poza sezonem) tyle co bilet PKP na ekspres z Bydgoszczy do Warszawy. Jak tu więc ocenić, kto wyemigrował, a kto dolatuje do pracy? Ignacy, syn mojego sąsiada z Opola, regularnie, co drugi tydzień, już w czwartek wieczorem leci z Londynu na studia zaoczne z prawa do Warszawy, a następnie wraca w niedzielę wieczorem. Podobnie podróżują lekarze i informatycy na trasie Dublin-Wroclaw-Dublin. Choć jeśli wierzyć uczonym w piśmie i mowie oraz GUS-owi, te 2 000 000 Polaków wyleciało rzeczywiście na dłużej, a może już na stałe. Parafrazując Henryka Sienkiewicza i jego wstęp do trylogii można by rzec: „Rok 2007 był to dziwny rok, w którym rozmaite linie lotnicze na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia, bo aż 2 000 000 Lachów do tego czasu opuściło swój kraj."
powrót do kategorii Porady i artykuły
Dodaj komentarz